Wodzisławianka, która idzie własną muzyczną drogą. Wywiad z Roksaną Ostojską
Muzyka towarzyszy jej od dziecka. Zaczynała w wodzisławskiej Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia im. W. Kilara, rozwijała się w Wodzisławskim Centrum Kultury, a dziś występuje jako Rox Ostoja, śpiewa w Wodzisławskiej Orkiestrze Rozrywkowej, współpracuje z zespołem TABU i rozwija własny projekt. Ma za sobą także udział w „The Voice of Poland”, gdzie podczas przesłuchania w ciemno odwróciły się trzy fotele. Z Roksaną Ostojską rozmawiamy o muzycznych początkach, Wodzisławiu Śląskim, artystycznej wolności, scenie, tworzeniu i planach na przyszłość.
Redakcja: Zacznijmy od początku. Pamiętasz taki moment, kiedy poczułaś, że muzyka to nie tylko pasja, ale coś, czym naprawdę chcesz się zajmować?
Roksana Ostojska: Szczerze mówiąc, od dziecka mówiłam, że chcę być piosenkarką, więc jakoś naturalnie to wszystko się działo. Sama chciałam zapisać się do szkoły muzycznej, później pojawiły się pierwsze okazje do śpiewania przed publicznością. Pierwszym momentem, w którym tak na poważnie zdałam sobie sprawę z tego, że to jest moja droga, to początki szkoły średniej. Jak wiadomo, wtedy stajemy przed wyborem profilu, który może mieć realny wpływ na naszą przyszłość. Zapisałam się do budowlanki, żeby pójść w taki „normalny” zawód architekta, ale szybko z tego zrezygnowałam, bo i tak więcej czasu poświęcałam występom w szkole niż projektom. Dlatego przepisałam się do liceum, gdzie miałam znacznie lepsze możliwości rozwoju w tym kierunku – aulę, sprzęt muzyczny, więcej koncertów, możliwość założenia i prowadzenia zespołu. To był moment, w którym pierwszy raz naprawdę musiałam się zastanowić, czym chcę zajmować się w przyszłości. Mimo że muzyka towarzyszyła mi od dziecka i ta droga naturalnie się tworzyła, wtedy po raz pierwszy musiałam świadomie zdecydować, czy chcę nią dalej podążać.
Red.: Wodzisław Śląski cały czas jest obecny na Twojej muzycznej drodze. Jest tu jakieś miejsce, które szczególnie kojarzy Ci się z muzyką albo z początkami Twojej przygody ze sceną?
RO: Tak! I tutaj muszę wyróżnić dwa miejsca. Takim zalążkiem jest na pewno nasza Szkoła Muzyczna I stopnia. To tutaj się wszystko zaczęło, pierwsze występy, koncerty, konkursy… Wiedza muzyczna, którą tam zdobyłam, jest ze mną do dzisiaj. Poza tym nie tylko wiedza, a przede wszystkim ludzie! Nauczyciele, znajomi - pewnym osobom zawdzięczam zaszczepienie we mnie tej wiedzy oraz motywacji do działania. I wiele osób towarzyszy mi do dzisiaj w muzycznej drodze poprzez wspólne granie czy chociażby wsparcie. Drugie, równie ważne miejsce to oczywiście nasze Wodzisławskie Centrum Kultury. Tutaj też dostałam mnóstwo przestrzeni do rozwoju. To tutaj do dzisiaj mogę się spełniać wśród ludzi, którzy niezmiennie od lat we mnie wierzą i napędzają do działania. Mogę śmiało powiedzieć, że to mój drugi dom.
Red.: Z perspektywy osoby, która sama przeszła drogę od lokalnej sceny do występów na dużych festiwalach, jak patrzysz dziś na Wodzisław Śląski pod kątem możliwości dla młodych artystów? Czujesz, że mają tutaj przestrzeń, żeby się rozwijać?
RO: Uważam, że Wodzisław Śląski daje bardzo dużo przestrzeni na rozwijanie artystycznych pasji. Przede wszystkim chciałabym tu wymienić Amatorski Ruch Artystyczny działający przy WCK. To przestrzeń dla każdego, niezależnie od wieku, kto chce w różnych dziedzinach szlifować swój talent i umiejętności. Pod ARĄ działają zarówno grupy, które zajmują się tańcem, Zespół Pieśni i Tańca „Vladislavia”, jest także Teatr Szydło i Szydełko, czy nasza Wodzisławska Orkiestra Rozrywkowa i wiele, wiele innych. Poza tym na terenie Wodzisławia mamy również Szkołę Muzyczną I stopnia, w naszym mieście działa też Teatr Balanga, a dodatkowo istnieją możliwości rozwijania się w szkołach czy różne zespoły muzyczne, które powstają z inicjatywy ludzi, których łączy wspólna pasja. Myślę, że najważniejsze jest jednak to, żeby po prostu próbować. Nie bać się pokazać, szukać swoich miejsc i ludzi, którzy będą nas wspierać. W mieście naprawdę można artystycznie dużo zdziałać, trzeba tylko zrobić pierwszy krok i się nie poddawać.
Red.: W swojej muzyce lubisz łączyć różne gatunki - pop, funk, R&B, reggae, rock... Skąd u Ciebie potrzeba takiego mieszania muzycznych światów? Patrząc na to, co tworzysz, trudno byłoby chyba zamknąć Cię w jednej szufladce.
RO: W swoim życiu przechodziłam przez różne muzyczne fazy. Nie umiem wybrać jednego gatunku, który jest moim ulubionym. Każdy z wymienionych miał realny wpływ na mój artystyczny rozwój i gust muzyczny. Wszystkie są gdzieś we mnie zakorzenione i to one nakręcają moją wenę twórczą. Poza tym nie lubię szufladkowania. Żeby w pełni móc pokazać się jako artystka, nie mogłabym pominąć żadnego z tych muzycznych światów. To trochę tak jak z ludźmi, każdy z nas ma w sobie wiele różnych stron. Dlaczego więc w muzyce miałabym pokazywać tylko jedną? Dla mnie spoiwem nie jest konkretny gatunek, tylko ja sama - moja wrażliwość, energia i sposób, w jaki chcę opowiadać swoje historie. I chyba właśnie dlatego nie potrzebuję wybierać tylko jednego muzycznego świata.
Red.: I chyba właśnie z tym wiąże się też Twoje podejście do artystycznej wolności. Dużo mówisz o potrzebie bycia sobą, o przestrzeni do eksperymentowania. Co dla Ciebie właściwie oznacza artystyczna wolność? Jest coś, czego dzisiaj już na pewno nie chciałabyś sobie w muzyce narzucać?
RO: Artystyczna wolność to dla mnie prawdziwe, otwarte wyrażanie siebie, swoich emocji i myśli poprzez muzykę. To poruszanie tematów, czasem nieoczywistych, ale całkowicie ludzkich, które mogą być przedstawione w najprostszy lub totalnie szalony, odklejony sposób - tak, jak poczuję, tak, jak ja widzę i interpretuję ten świat, który w danym momencie tworzę. I ten świat jest oczywiście otwarty dla każdego, kto jest go ciekawy. Przy współpracy z Wikukaraczą [wokalistą zespołu Łąki Łan - przyp. red.] bardzo poszerzyłam swoją wyobraźnię. Nauczył mnie, że mogę być wszystkim, o czym chcę pisać. W takim też przekonaniu powstał nasz pierwszy wspólny utwór - „Jestem Słońce”. Dzięki temu potrafię dziś ugasić w sobie podczas pisania tekstów swój nadmierny perfekcjonizm. Kiedyś tworzyłam w przekonaniu, że tekst powinien mieć wyszukane słowa, żeby utwór od razu wydawał się bardziej ambitny i artystyczny. A jak się okazuje, taka presja czasem bardziej szkodzi, niż daje efekt, jakiego się spodziewamy.
Red.: No i w pewnym momencie tej muzycznej drogi pojawił się „The Voice of Poland”. To był już zupełnie inny poziom emocji i doświadczenie, którego nie da się chyba porównać z wcześniejszymi występami. Podczas przesłuchania w ciemno odwróciły się trzy fotele. Pamiętasz, co wtedy działo się w Twojej głowie? Była bardziej radość, szok czy może jeszcze większe skupienie?
RO: To była karuzela emocji! Gdy weszłam na scenę, myślałam tylko o tym, żeby zaśpiewać tak, aby sama z siebie zejść zadowolona, niezależnie od wyniku. Gdy jednak jako pierwszy odwrócił się Michał Szpak, pamiętam, że poczułam delikatną ulgę i większy luz, ale także ogromną wdzięczność, że ten pierwszy etap już właściwie udało mi się przejść. Kolejne fotele to coraz większa ekscytacja, szczęście i niedowierzanie. W momencie, gdy odwrócił się podwójny fotel z Tomsonem i Baronem na pokładzie, to było to spełnienie marzeń. Za każdym razem, gdy myślałam o udziale w „The Voice”, myślałam też o tym, żeby trafić do drużyny chłopaków z tego względu, że za dzieciaka byłam fanką Afromental. Jak już zaśpiewałam cały utwór, to właściwie pamiętam jedynie skupienie, żeby jakkolwiek z sensem i bez gadania głupot odpowiadać na nadchodzące pytania.
Red.: Po takim doświadczeniu łatwo byłoby chyba zbudować sobie jakiś sceniczny wizerunek, oddzielić „Roksanę” od „Rox”. Tymczasem sama mówisz, że Rox to po prostu Ty. Na scenie jest energia, emocje, światła, publiczność. A co dzieje się z Rox, kiedy z niej schodzi? Jaka jest wtedy Roksana?
RO: Po zejściu ze sceny... nadal mam energię! Rox to nie jest moja sceniczna maska, tylko część mnie. Na scenie pozwalam jej po prostu wybrzmieć na 120 proc. i pokazać się z tej bardziej bezwstydnej, emocjonalnej i wolnej strony. Na co dzień też lubię intensywność, ludzi, działanie i zabawę, ale oczywiście, jak każdy, mam też momenty, kiedy potrzebuję zwolnić, pobyć sama albo po prostu posiedzieć w ciszy. Nie zawsze muszę być „na pełnych obrotach”. Staram się jednak przede wszystkim tę dobrą, pozytywną energię ze sceny przenosić też do codzienności.
Red.: Masz więc kilka różnych muzycznych światów, w których funkcjonujesz. Śpiewasz w Wodzisławskiej Orkiestrze Rozrywkowej, występujesz też ostatnio z zespołem TABU, a jednocześnie rozwijasz własny projekt jako Rox Ostoja. Jak te wszystkie doświadczenia się ze sobą spotykają? Czy każda z tych scen daje Ci coś zupełnie innego?
RO: Każdy z tych muzycznych światów jest dla mnie trochę inną historią, bo w każdym jestem w innej roli. Orkiestra daje mi przede wszystkim radość ze wspólnego grania i możliwość dzielenia sceny z muzykami i przyjaciółmi, w tym z moją najlepszą przyjaciółką Alicją. Cenię też to, że możemy przypominać publiczności ważne dla polskiej muzyki utwory, m.in. Zbigniewa Wodeckiego czy z tekstami Agnieszki Osieckiej. Przygoda z TABU jest dla mnie kolejnym spełnieniem marzeń. Bywało, że graliśmy na tych samych wydarzeniach w Wodzisławiu Śląskim i zawsze wtedy myślałam o tym, jak pięknie byłoby kiedyś zagrać razem z chłopakami. Tym bardziej, że swego czasu mocno odznaczali się na moich playlistach. Ta muzyka totalnie wpisuje się w moje gusta. A połączył nas właśnie wspólny projekt z Orkiestrą! No więc bez jednego może i nie byłoby drugiego... Tutaj występuję w chórku, co daje mi też zupełnie inne doświadczenie. Odpowiadam za ułożenie chórków, dzięki czemu mogę bawić się harmonią, a to jest jeden z tych elementów w muzyce, z którym lubię pracować najbardziej. Dodatkowo ich koncertowa energia całkowicie różni się od tej orkiestrowej. Tu liczy się rozrywka, dobra zabawa i intensywny ruch połączone z profesjonalizmem, co daje mi ogromne doświadczenie sceniczne, które potem mogę przenieść na swoje koncerty. A Rox Ostoja to po prostu ja, mój świat, w którym nie mam żadnych ograniczeń i mogę w pełni realizować siebie i swoje pomysły. Na pewno wszystkie te dotychczasowe projekty mają wpływ na moją muzykę i na mnie jako artystkę, dlatego za każdy z nich jestem bardzo wdzięczna i po prostu doceniam to, że mogę być ich częścią.
Red.: Przy całym tym muzycznym zaangażowaniu, koncertach, współpracach i własnej twórczości pewnie nie zawsze łatwo znaleźć jeszcze przestrzeń na samo tworzenie. Masz momenty, kiedy po prostu nie chce Ci się śpiewać albo pisać? Co wtedy robisz, odpuszczasz czy próbujesz coś z siebie wycisnąć?
RO: Miewam raczej momenty, kiedy przez inne zobowiązania po prostu nie mam czasu na tworzenie. Wtedy bardziej niż brak weny frustruje mnie brak przestrzeni na muzykę. Bo dopiero czas, cisza i spokój pozwalają skupić myśli, oczyścić emocje i przenieść je na kartkę lub ścieżkę w programie. Kiedy jednak wena faktycznie nie przychodzi, po prostu działam. Siadam do programu, bawię się dźwiękami, robię cover albo próbuję czegoś nowego. Czasem właśnie takie „bezcelowe” działanie pozwala ruszyć z miejsca i otworzyć się na nowe pomysły.
Red.: Ostatnio wypuściłaś „Falę”. Sam tytuł pasuje chyba do momentu, w którym teraz jesteś - dużo się dzieje, pojawiają się kolejne współprace, nowe utwory, nowe doświadczenia. Masz poczucie, że jesteś teraz w takim momencie swojej muzycznej drogi, w którym wszystko zaczyna płynąć w dobrym kierunku?
RO: Mam taką nadzieję! Dużo się dzieje i czuję, że naprawdę zaczynam się rozkręcać. Coraz bardziej widzę też, że samo tworzenie muzyki i wypuszczanie jej w świat to dopiero połowa drogi. Trzeba jeszcze nauczyć się o niej mówić, docierać do ludzi i budować wokół niej swój własny świat. Tego cały czas się uczę, szczególnie jeśli chodzi o sociale i promocję, bo zdecydowanie łatwiej przychodzi mi być obecną i działać w moim realnym świecie niż regularnie żyć w internecie. Mam też taki charakter, że nie bardzo lubię prosić o pomoc czy uwagę, zdecydowanie bardziej wolę sama działać, próbować i brać sprawy w swoje ręce. A jednocześnie wiem, że dziś trzeba nauczyć się łączyć oba te światy. Na szczęście mam wokół siebie ludzi, którzy bardzo mnie wspierają, a coraz częściej widzę też ogrom życzliwości od osób, z którymi na co dzień nawet nie mam kontaktu. Każdy taki gest naprawdę daje mi dużo siły. Mam więc poczucie, że Rox Ostoja już odnosi swoje małe sukcesy, a ja dopiero uczę się robić z nich większe rzeczy. I bardzo chcę zobaczyć, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi.
Red.: „Fala” jest najnowszym singlem, ale z tego, co mówisz, na tym na pewno się nie skończy. Czego możemy się spodziewać dalej? Nad czym teraz pracujesz i czym chciałabyś nas jeszcze zaskoczyć?
RO: Mam w zanadrzu kilka utworów, nad którymi pracuję, częściowo z Wikukaraczą, częściowo sama. Nie chcę za bardzo zdradzać, co mam w planach, żeby nie zapeszyć i żeby też pozostawić ten element zaskoczenia! Ale mogę zapewnić, że dopiero się rozkręcam i będzie ciekawie. Potrzeba tylko trochę czasu i cierpliwości. Zapewniam jednak, że to, co spaja moje wszystkie dotychczasowe utwory, czyli groove, charakterna energia i sensualność, będą obecne także w kolejnych utworach.
Red. I na koniec chcę Cię zapytać, gdzie chciałabyś być jako artystka za pięć lat? Jak wyglądałby Twój wymarzony scenariusz?
RO: Za pięć lat chciałabym grać koncerty na kultowych scenach w całej Polsce, a może i poza nią! Takim największym celem jest chyba na ten moment Opener, ale wiem, że na pewno będę szczęśliwa z samego grania gdziekolwiek, bo najważniejszym aspektem w tym wszystkim jest nie gdzie, a dla kogo. Bez ludzi, odbiorców, żadna scena nie będzie wystarczająca. Dlatego jeszcze raz dziękuję tutaj każdemu, kto chociaż raz zechce przyjść na mój koncert! Buziaki dla wszystkich!
Red. Dziękujemy za rozmowę i życzymy, żeby nie zabrakło Ci energii, odwagi i przede wszystkim radości z muzyki.
