UWAGA: Bieżące informacje i zalecenia nt. koronawirusa

#tworzyMYwodzisław: Martyna Kliszewska

Swoje życie mocno związała ze sztuką. Jej działania nakierowane są też na pomoc dla innych. Widok wzruszonych widzów daje poczucie spełnienia. Choć od lat mieszka w Warszawie, z przyjemnością wraca w rodzinne strony. Mowa o Martynie Kliszewskiej - aktorce, malarce, która jest kolejną bohaterką cyklu #760lat #tworzyMYwodzisław . Czym się inspiruje, co daje jej satysfakcję, jak wspomina Wodzisław Śląski? O tym Martyna Kliszewska opowiada poniżej.

Pani życie, w sposób szczególny, determinują dwie pasje - malarstwo i aktorstwo. Skąd takie zainteresowania, gdzie znajduje się źródło owych inspiracji?

Martyna Kliszewska: Zapewne w dzieciństwie. Od najmłodszych lat była we mnie potrzeba kreowania świata. Uwielbiałam występy, zabawę w teatr. W szkole podstawowej brałam udział w licznych akademiach, estradach piosenki i konkursach recytatorskich, to był mój żywioł. Jednocześnie zawsze wykazywałam zdolności manualne. Wymyślałam ubrania swoim lalkom, lepiłam broszki z modeliny. Kiedy miałam dziesięć lat dostałam od rodziców prawdziwą maszynę do szycia, bym mogła szyć sobie spódniczki na comiesięczną dyskotekę w szkole. To był Łucznik kupiony w komunie na kartkę G, słynną przydziałową kartkę dla górników! Przyjaciółka mamy widząc moje zdolności zasugerowała mi naukę w liceum plastycznym. Zdałam do bielskiego liceum plastycznego, rozpoczynając w ten sposób swoją przygodę ze sztuką.

W jaki sposób rozwijała Pani swoje pasje? Kiedy, z pełnym przekonaniem stwierdziła Pani, że z tymi dziedzinami sztuki zwiąże swoje życie zawodowe?

Myślę, że nasze wczesne wybory, choć bywają dosyć określone, dopiero z czasem stają się wyraźne i konkretne. Jeszcze w liceum plastycznym zaczęłam myśleć o szkole teatralnej. Uczęszczałam do kółka teatralnego. Po skończeniu liceum zdałam do Szkoły Teatralnej. Jak widać te dwie pasje naprzemiennie były we mnie wciąż obecne. A po PWST znalazłam się w zespole Teatru Nowego w Łodzi. Grałam bardzo dużo, co dla młodej aktorki jest ważne. Miałam szczęście spotkać w pracy takich reżyserów jak choćby Kazimierz Dejmek, Mikołaj Grabowski czy Jan Polewka. Teatr pochłonął mnie do reszty. Przynajmniej na jakiś czas… Potem jednak wróciłam do malarstwa. Ukończyłam studia na wydziale malarstwa ASP w Łodzi cały czas pracując na scenie. Najnowszy projekt, który obecnie przygotowuję, to sztuka o życiu i twórczości meksykańskiej malarki Fridy Khalo, której 110 rocznica urodzin przypada w tym roku. W monodramie "Frida. Życie Sztuka Rewolucja" postaram się wykorzystać swoje doświadczenia łącząc te dwie wydawałoby się różne dyscypliny sztuki.

Co daje Pani obcowanie ze sztuką, jakie wartości stara się Pani przekazać poprzez malarstwo innym?

Jestem daleka od deklaracji i manifestów. Malarstwo w swej istocie samo w sobie stanowi wartość, a to, co mnie interesuje najbardziej w malowaniu to działanie kolorem. To daje mi radość tworzenia, twórcze zapamiętanie, które z pewnością przenosi się na obrazy. Często ludzie pytają mnie o temat moich prac. Pytają skąd u Ślązaczki takie zamiłowanie do kwiatów i natury. Dla większości Śląsk to region kojarzący się z pozbawionym koloru, przemysłowym pejzażem, ale nie dla mnie. Wychowałam się wprawdzie w domu z widokiem na szyb kopalni Emma i kominy koksowni, ale po drugiej stronie tego domu był piękny, duży ogród, łąki i wspaniały, stary las. W tym lesie znajdowała się moja szkoła podstawowa. Podczas lekcji byłam świadkiem wszystkich pierwszych, wiosennych ptasich śpiewów, (śmiech). Mój Śląsk był zawsze pełen koloru i naturalnej symbiozy pomiędzy przyrodą a przemysłem. Kiedy maluję, szukam w pamięci tamtych miejsc. Od lat mieszkając w Warszawie staram się trochę odczarować stereotyp brudnego, szarego Śląska.

Co określiłaby Pani mianem swojego największego sukcesu lub co do tej pory dało Pani największą satysfakcję?

Dla aktorki niewątpliwie sukcesem jest każda udana rola, a nawet nowa premiera. Kiedy po przedstawieniu spotykam szczęśliwych, roześmianych lub wzruszonych widzów, mam poczucie spełnienia. Podobnie zresztą jest podczas wernisaży. To są te ważne dla mnie momenty. Mam też ogromną satysfakcję kiedy widzę moje obrazy na ścianach w innych domach. Wprost nie mogę uwierzyć, że ludzie na co dzień przebywają, z bądź co bądź, cząstką mojej duszy. To jest dla mnie wielkie szczęście! A prywatnie moim sukcesem z pewnością jest rodzina, moja dorastająca córka, która, tak jak my, kocha sztukę.

Scena, plany filmowe dostarczają wielu emocji. Czy zdarzyła się Pani jakaś zabawna historia, anegdota, którą można byłoby przytoczyć czytelnikom?

Ostatnio grając w spektaklu "Hiszpańska Mucha", w którym jedną ze scen gram pomiędzy publicznością, widz któremu usiadłam na kolanach, złapał mnie w pasie i powiedział, że mnie już nie wypuści. Piotrek Szwedes grający ze mną musiał zaingerować, gdyż akcja sztuki stanęła w miejscu. Całe zdarzenie rozbawiło widownię do łez. Kiedy indziej miałam krótką przerwę w zdjęciach do serialu "Sprawiedliwi", gdzie grałam zakonnicę. Zdjęcia kręciliśmy w centrum Warszawy. Byłam ubrana w habit. Akurat wysyłałam SMS-a, kiedy podeszła do mnie pani i powiedziała: "Mój wnuk ciągle grzebie w telefonie, ale żeby osoba duchowna bawiła się komórką? Jak siostrze nie wstyd. I to w ścisłym centrum".

Angażuje się Pani również w działalność dwóch fundacji. W jaki sposób je Pani wspiera? Dlaczego postanowiła Pani swój czas poświęcić innym?

Kiedy zwróciła się do mnie Urszula Smok, założycielka Fundacji Podaruj Życie, nie zastanawiałam się długo. Wspólnie z mężem Jakubem Przebindowskim, Agatą Passent, Janem Peszkiem i innymi, włączyliśmy się w akcję, zostając dawcami szpiku kostnego. To bardzo ważne działanie uświadamiające istotę problemu, gdyż nie wszyscy wiedzą, że w prosty i bezbolesny sposób, oddając krew, możemy uratować komuś życie. Szczerze wszystkich do tego namawiam. Jesteśmy również związani z akcją Wielcy Małym niosącą pomoc schroniskom dla zwierząt. Od 10 lat Fundacja wydaje kalendarz z pracami polskich artystów malarzy oraz wizerunkami aktorów ze zwierzętami. Razem z między innymi: Edytą Jungowską, Kasią Grocholą, Małgosią i Pawłem Królikowskimi, Piotrem Adamczykiem, udało się pozyskać sporo środków na utrzymanie schronisk w Polsce. Takie działania uważam za swoją powinność. Coś oczywistego.

Kiedy myśli Pani o Wodzisławiu Śląskim to w pierwszej kolejności przypomina się...

Rodzinny dom. Wspaniała śląska kuchnia mojej babci Cecylii, gołębie dziadka Alojza. Rodzice, którzy mnie zawsze wspierają, utwierdzają w moich wyborach, Dom Kultury, gdzie stawiałam swoje pierwsze kroki na scenie, pierwszy indyjski sklep w pobliżu Rynku, a także zakład kuśnierski prowadzony przez pana Michała, którego nazwałyśmy wspólnie z mamą Michaelem, bo brzmiało to bardziej zagranicznie. Wiele lat później przyjechałam do niego poprawiać futrzaną kurtkę, która była moim scenicznym kostiumem, w spektaklu "Antoine". Oczywiście pamiętam też inny odzieżowy sklep, który swą sławę zawdzięcza witrynie, gdzie pokazano futro z podpisem "futro z jesiotra" zamiast "futro z jenota" co bawiło wtedy wszystkich i bawi do dziś.

Bywa Pani w naszym mieście? Jeśli tak, to czy będąc w Wodzisławiu spotyka się Pani z sympatią mieszkańców - swoich fanów?

Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam w rodzinne strony ze spektaklem w którym gram, spotykam nie tylko rodzinę, ale również koleżanki ze szkoły. Zdarza się, że pojawiają się moi dawni nauczyciele. Podobnie zresztą było na moich wystawach. Powiem szczerze, że nigdy i nigdzie nie odczuwam tak wielkiej tremy, jak tutaj, ale zawsze spotykam się z uznaniem i sympatią. Z drugiej strony jestem dumna, że jestem Ślązaczką, zawsze to podkreślam i lubię pracować z ludźmi ze Śląska. Wiem, że spotykam kogoś kto jest punktualny, sumienny i szczery. A do tego nie muszę mu tłumaczyć co znaczy słowo "cug" a co "ancug".

źródło: Gazeta Wodzisławska